such a terrible lie

visual diary

Archiwum kategorii ‘music

for those about to rock… we salute you!

z 3 uwagami

Papieros w paszcze i pisze…

27.5.2010 godzina 8.30 rano myk do auta i wyjazd w kierunku miasta stolecznego zeby na zywo doswiadczyc legendy AC/DC. W drodze zacny before (dla niektorych nawet zbyt zacny, tu pozdrawiam Marte, ktora miala chwile beforowej slabosci chwile przed wjazden na Izabelin)… dobre miejsce parkingowe tuz przy lotnisku bemowskim i jestesmy. Masa ludzi, przewazaja Polacy, ale spotykam tez Litwinow, Lotyszy, Slowakow, Niemcow i Holendrow. Koszulki AC/DC gdzie tylko czlowiek spojrzy. Dobra, jest 15… wchodzimy. Oczekiwanie na suportujacy Dzem okraszone okupowaniem frontowych miejsc strefy, masa dowcipow (smacznych, niezbyt smacznych, przeokrutnie niesmacznych… a wszystkich dobrych) w towarzystwie ekipiy Śląsko-Trojmiejskiej. Machanie do biednej pani bedacej ofiara powodzi w wykonaniu kilkunastu tysiecy ludzi (kto byl ten zrozumie). Jest! Jest Dzem! Solidny prawie godzinny set… po czym cisza, oczekiwanie. Punkt 21 zapalaja sie swiatla, na poteznym ekranie pojawia sie animacja, na ktorej Angus z mina czystego szalenca ajsidisowym krejzi trejnem pedzi na zlamanie karku. Chmura dymu… i oto na scenie pojawia sie ogromna lokomotywa z rogami dyszaca ogniem na wszystkie strony. Cudowny poczatek cudownego koncertu. Czystych dwoch godzin porazajacego rockowego grania. Kilka utworow i jest urpagniony i wyproszony przez publike “Thunderstruck”… mi czapke z glowy zrywa nieziemskie “Back in black” oraz wrecz orgazmogenne “Hells bells”. Jest wszystko czego fan rasowego rocka moze zapragnac. Solowki, popisy, niezliczone biegi Angusa po wysunietym ze sceny wglad publiki wybiegu, ba… jest nawet striptiz przy “The jack” (55 latek rozbierajacy sie z pelnym luzem przed 65 tys. ludzi… to trzeba zobaczyc). Jest i gigantycznych rozmiarow dmuchana lala Rosie (wiadomo przy jakim kawalku). Nawet niespecjalnie lubiane przeze mnie “Highway to hell” robi swietne wrazenie. I to zakoczenie… okraszone spora iloscia ognia i obowiazkowymi strzalami z dzial “For those about to rock we salute you”. Dwie godziny… dwie fenomenalne godziny, bez tandety, bez sciemniania, bez udawania. Pokaz czystej energii i rasowej prawdziwej muzyki. Wracamy do auta ze szczekami wlokacymi sie po trawie lotniska kilka metrow za kazdym z ekipy. Wsiadamy i okolo 5 rano widzimy kominy rafinerii gdanskiej.
Jasne, mozna sie uczepic wrecz absolutnie debilnego rozwiazania przy wyjezdzie z koncertu (debilnosc to niezmiernie delikatne okreslenie). Mozna marudzic, ze jak na rockowy koncert to picie piwa w zamknietej malej strefie jest wrecz tragikomiczne (znalezienie trawnika pod tafla jednorazowych kubkow zakrawalo o cud). Mozna narzekac, ze niespecjalnie apetyczna zapiekanka kosztuje 12pln. Ale wlasne doznania z samego kocnertu, widok tysiecy usmiechnietych paszcz pw przedziale wiekowym od 16 do 50 lat rekompensuje wszystko. Legenda nie zwiodla, legenda zostawila w kazdym pamiatke na zycie. Australisjcy mistrzowie mogliby mimo wieku nauczyc cholernie duzo wiekszosc pseudorockowych tworow muzycznych czasow wspolczesnych… a zebrani do kupy maja juz 292 lata. Czysty rock and roll.

Written by terriblelie

Czerwiec 20, 2010 at 4:04 pm

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.